Noc chyliła się ku końcowi. W gęstym lesie z mroku zaczęły wyłaniać się kształty pojedynczych drzew i chaszczy. Szarzyzna wypełniała się barwami od zieleni po czerwień. Nocni mieszkańcy lasu widząc, że już niedługo będą ich atakować pierwsze promienie słoneczne, powoli kończyli swe zajęcia i w pośpiechu chowali się do nor, kryjówek, czy też innych zakamarków. Jeszcze chwila i to właśnie słońce zacznie rządzić w tej gęstwinie. Rosa zniknie z liści, kwiaty otworzą swe pąki, dumnie się prężąc, a ptaki odegrają poranne koncerty. Tak tu wyglądało każde przekazanie warty, gdy księżycowy cień nie mógł się oprzeć natarczywemu słońcu. Dzika puszcza rządziła się swoimi prawami. Od wieków nic się nie zmieniało. Jednak tego poranka mieszkańcy lasu zachowywali się inaczej. 
Dotychczasowa harmonia i porządek zostały zachwiane przez intruza − osobnika, który zdecydowanie tutaj nie pasował.


Leżał na ściółce, pośród dużych mrówek, które niezadowolone z tego, że zatarasował im drogę, kąsały go swoimi małymi szczypcami prosto w tyłek. Nie chcąc zdradzić swej obecności raz za razem przygryzał więc z bólu wargę, aby z ust nie wymknął się żaden dźwięk. Co prawda wiedział już, że ukrywanie się w lesie, za kopcem mrówek, może okazać się w skutkach fatalne, lecz w tym momencie nie mógł już nic na to poradzić. Postanowił zapamiętać ból spowodowany przez każde pojedyncze ukąszenie i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Nie to jednak było głównym przedmiotem myśli Nikiego. Bo tak miał na imię ten dwunastoletni chłopiec. Niko nie leżał tu z powodu zmęczenia i głodu, choć był już wyraźnie zmęczony i bardzo głodny. W te knieje przywiodła go chęć spotkania najprawdziwszego niedźwiedzia − potężnego króla lasu i górskich potoków. Niedźwiedzie – wytrawni wędkarze i pogromcy pasiek, jedynie ludzi omijały szerokim łukiem, szerząc postrach i terror wśród okolicznej zwierzyny. Niko tropił więc już od kilku dni nic nieświadomego stwora. Leżał tutaj, gdyż za wszelką cenę chciał udowodnić ojcu, że stał się już prawdziwym mężczyzną, a aby tego dokonać, musiał wrócić do domu z wyjątkowo cenną zdobyczą. Doskonale pamiętał jego słowa, „Pamiętaj synu, mierz zawsze wysoko, nawet jeśli inni w ciebie nie wierzą”. W Nikiego właśnie nie wierzył nikt, ale pomimo to, był bardzo optymistycznie nastawiony do życia. Sądził, że upolowanie niedźwiedzia wystarczy, aby zaspokoić oczekiwania surowego ojca. W końcu nie po to godził się z tym, by mrówki zrobiły z jego tyłka doświadczalny poligon. Nie po to tydzień temu, gdy wpław przedzierał się przez niewielką rzeczkę, poznał fenomen elektrycznych węgorzy, przez co tuż po wyjściu z wody był tak suchy, jakby nigdy do tej wody nie wchodził. Nie po to wreszcie przedwczoraj, przy próbie podebrania pszczołom miodu, zorganizował szerszeniom ćwiczenia z atakowania ruchomego celu. Te gniazda pszczół i szerszeni są takie podobne… Nie po to było całe to cierpienie, aby teraz zrezygnować.


Niko wyglądem jednak nie przypominał myśliwego, czy łowcy. Niektórzy by powiedzieli, że chłopak … w ogóle nie wyglądał, ale tak naprawdę jego sylwetka przypominała powyginany i poskręcany krzak. Był bardzo chudym chłopcem, którego duże i wesołe oczy zasłaniała bujna czupryna blond włosów. Ze środka podłużnej twarzy, niczym dzida wystawał pokaźny, zaokrąglony nos, a jego brzuch był na tyle wklęsły, że za każdym razem, gdy uderzył się w plecy, to łapał się właśnie za brzuch. Nogi, długie i chude nie wyglądały też za okazale i z pewnością również one nie były powodem do dumy. Patrząc na nie z przodu, układały się w piękną literę X, a obserwując je z boku, sprawiały wrażenie jakby ciągle były w trakcie przysiadu. Gdyby Niko stał kiedyś na straży olbrzymiego skarbu, z pewnością wszyscy złodzieje i to ci najbardziej nieporadni – zachęceni jego gamoniowatym wyglądem – ruszyliby na jego podbój. Nawet emerytowani łotrzykowie, poruszający się za pomocą drewnianych kul, zwietrzyliby swą szansę na sukces. Ci, ukarani już za swe występki – z obciętymi rękoma, czy też naznaczeni gorącym żelazem, ponownie poczuliby dreszczyk emocji, który towarzyszył im w najlepszych latach przestępczej kariery. Na szczęście dla właściciela tego wymyślonego skarbu, Niko leżał w mrowisku, rozkoszując się urokami puszczy o poranku. Ubrany był jak typowy wieśniak. Niegdyś biała, a teraz umazana w błocie koszula przewiązana była na wysokości pasa sznurem, którego zadaniem było również utrzymanie dziurawych i poszarpanych spodni na odpowiedniej wysokości. Niko był świadom, że sznur podtrzymujący jego portki, miał dla niego samego, jak i dla wszystkich innych obserwatorów, znaczenie strategiczne. Ten jakże opłakany wygląd chłopca, nie zmieniał jednak faktu, że ów dotarł aż do samej głębi puszczy, w ślad za tropioną zwierzyną, co kosztowało go niemało wyrzeczeń i wysiłku. 


Leżał więc tak w chaszczach i przy powoli budzącym się dniu nasłuchiwał swojej ofiary. Nie był do końca pewien, ale miał wrażenie, że już od kilkunastu dni podąża za śladami niedźwiedzia. Niko dobrze wiedział, że tym razem nie może zawieść swojego ojca, Zygfryda Okrągłego. Zygfryd władał niedużą średniowieczną wioską zwaną Pchlim Tyłkiem, odległą dwa dni drogi od królewskiego zamku. Chłopak nie kierował się tylko chęcią zaimponowania ojcu. Niestety, musiał też dowieść, że wszystkie jego poprzednie wpadki miały charakter czysto przypadkowy, wynikały z wszechobecnego pecha i złośliwości rzeczy martwych. 
− Auć! − pisnął wściekle, zapominając się w momencie, gdy kolejna jadowita mrówka dała o sobie znać.
− Niko − musisz dać z siebie wszystko − mruknął do siebie, starając się jednocześnie dostrzec swój cel przy dość słabym świetle.
Nieopodal, tuż przy wysokim i rozłożystym dębie jakieś zwierzę pokaźnych rozmiarów, wykonywało energiczne wierzgnięcia i co dziwne… ryło w ziemi wyraźnie szukając jakiegoś skarbu. Chłopak przez moment zwątpił, czy aby na pewno obserwuje niedźwiedzia, ale po chwili zdołał pokonać własne wątpliwości. Przecież to niemożliwe, by mógł się mylić przez tyle dni. Co prawda, przez cały ten czas nie dostrzegł go ani razu, ale ślady, za którymi podążał, wskazywały właśnie na króla lasu. Niko bał się i to bardzo. Zaciskał mocno szczękę, aby klekotanie zębów nie wypłoszyło z puszczy całej zwierzyny. W myślach próbował odzyskać pełną kontrolę nad swym oddechem, który sparaliżowany strachem zamarł na niepokojąco długą chwilę. Ostatecznie przemógł się w sobie. Przed oczyma zamajaczył mu obraz srogiego spojrzenia ojca i już wiedział, że nie ma wyboru. Wiedział, że musi działać. Widząc, że zwierzę jest zajęte swoimi sprawami, postanowił wykorzystać ten moment i zaatakować.
Wyrównał oddech i delikatnie rozsunął gałązki dzikiej róży. Dokładnie upewnił się, że była to róża, w momencie, gdy poczuł, jak jej kolce wbijają się w opuszki palców. Nawet nie pisnął. Po zmasowanym ataku mrówek żaden kwiat nie mógł zrobić na nim wrażenia. Podkurczył nogi i napinając mięśnie z wielkim okrzykiem wyskoczył z krzaków.

 
To jest ten moment Drogi Czytelniku, w którym muszę Cię ostrzec – jeśli się jeszcze tego nie domyśliłeś – że Niko jest wybitną fajtłapą. W całym królestwie Nibyrungi nie znalazłbyś większej niezdary. Co więcej, gdyby kiedyś zorganizowano zawody na prymusa w potykaniu się o własne nogi, Niko zająłby wszystkie trzy pierwsze miejsca ex aequo. Wystarczy wspomnieć konkurs w strzelaniu z łuku, ten po ostatnich dożynkach, w którym jako jedyny, zamiast trafiać do tarczy, uwziął się na sędziego zawodów i... ech, szkoda mówić, biedak już nigdy nie będzie mógł usiąść. 
Albo przejazd królewskiego orszaku, podczas którego poddani zmuszeni byli przekazać swemu niezbyt lubianemu królowi − Radomirowi Zachłannemu – owoce swej ciężkiej pracy. Prosty lud dawał co miał, plony, tkaniny, zwierzęta. Nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić chwilę później. Niezdara Niko również postanowił wręczyć królowi prezent. Jako syn Zygfryda Okrągłego, miał tę wspaniałą okazję, aby podarować mu go osobiście. Najprawdziwszy miód – bo to on był podarkiem − prawdziwy był do tego stopnia, że gdy wielka wielmożność rozwiązał worek, aby sprawdzić dziwnie bzyczącą zawartość, dostrzegł tam rój wściekłych pszczół, które nie czekając chwili, wbiły się prosto w zdziwioną twarz króla. Kilka krzyków i przekleństw później zaatakowały całe dostojne towarzystwo. Każdy ratował się na swój sposób, ale większość wybrała skok na główkę do pobliskiego stawu. Podobno jeszcze na zamku z królewskich butów wyskakiwały oburzone żaby, a sam król, gdyby chciał mógłby uzupełnić swoje jakże trafne imię − Radomir Zachłanny − dodatkowym przydomkiem − Radomir Zachłanny Opuchnięty. Od tego czasu w Pchlim Tyłku nikt nigdy nie widział już królewskiego orszaku. Podobno król nakazał usunąć tę mieścinę ze wszystkich map w królestwie Nibyrungi. A jakby tego było mało, w ramach pozdrowień i podziękowań, wysłał swoje wojsko, aby bardzo dokładnie i zaiste doszczętnie puściło wioskę z dymem. I trzeba przyznać, że prawie im się udało. 
Niestety, nie inaczej było dzisiaj. Niko jak zawsze pomylił się i nie oszacował dobrze odległości dzielącej go od niedźwiedzia. Zamiast na nim, wylądował prosto w olbrzymiej kałuży, tuż przed samą bestią. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast wrednego „wraaahhhhh” usłyszał znajome „wiii, wiii”. W całym tym zamieszaniu nie skojarzył właściwie tych dźwięków. Nie miał też wiele czasu na jakąś głębszą analizę. Natychmiast podniósł się i mimo, iż niewiele widział ze względu na błoto zaklejające mu oczy, wykorzystując zaskoczenie swojej ofiary, wskoczył na nią z okrzykiem na ustach – PODDAJ SIĘ POTWORZE! 


***


Zszokowana świnia biegła przez las jak oszalała zaliczając jednocześnie wszystkie konkurencje olimpijskie. Sprint, bieg przez płotki i bieg na tysiąc pięćset metrów z przeszkodami. Zygzakiem pędziła między drzewami i krzewami, przeskakując co większe kamienie i próbując jednocześnie zrzucić ze swojego grzbietu pasażera na gapę. Przekonana była zapewne, że właśnie nadszedł jej kres i jakiś podły drapieżnik zaciśnie zaraz kły na jej pulchniutkim boczku. Swoim małym, niezbyt rozwiniętym rozumkiem nie mogła pojąć, dlaczego to zawsze ona popadała w tak przykre tarapaty. 
− Dlaczego znów ja? – snuła się wypełniona traumą myśl wielkiej świni.
Las przed nią robił się coraz gęstszy i to właśnie w tym zwietrzyła swoją szansę na pozbycie się dodatkowego balastu. Wbiegła prosto w plątaninę krzewów, licząc na to, że nisko usytuowane chaszcze strącą delikwenta, który tymczasem przylgnął do niej. Intruz, głośnymi pokrzykiwaniami dawał znać, że odczuwa boleśnie tę niekontrolowaną przejażdżkę, a robił to tym dobitniej im częściej chłostały go kolejne gałęzie. Po przebiegnięciu kilkuset metrów świnia była już pewna dwóch rzeczy. Po pierwsze, na jej grzbiecie nie siedział drapieżnik. Te nie mają zwyczaju pokrzykiwać „Tak, udało się! Jestem mężczyzną!” oraz „Stój brunatny niedźwiedziu!” Drapieżniki nie mają zwyczaju mylić świń, bądź co bądź dużych świń z niedźwiedziami. Po drugie, ta cała sytuacja miała miejsce przez jej słabość do trufli. O tak! Trufle – cudowne grzyby, które mogłaby jeść godzinami. Na samą myśl o tych delicjach, z kącika jej ryjka zaczęła ściekać ślinka. Niestety, aby ich zasmakować, trzeba było kopać w ziemi, gdyż to właśnie tam, w okolicy korzeni dębów, trufle rosną najczęściej. Dla tych smakołyków traciła głowę i zapominała o otaczającym ją świecie, wystawiając się tym samym na pastwę głodnych, aroganckich bestii, śliniących się na widok jej tłustego zadka. Zamyślona, w ostatniej chwili zorientowała się, że właśnie wybiegła z lasu na dosyć dużą polanę. Mimo stresującej sytuacji, jej sprytne oko nie omieszkało zauważyć, że polana porośnięta była samymi dębami. Było oczywiste, że przez jej mały móżdżek niczym grom z jasnego nieba przebiegła tylko jedna myśl – trufle! Dużo trufli!


***


Niko był z siebie zadowolony. Jako mało rozwinięty i nierozgarnięty chłopiec wyobrażał sobie, z jaką dumą i radością przywita go jego tatko. 
− Jestem mężczyzną! – zawołał radośnie. 
Dopiero kolejne „wiii” i następujące po nim basowe „chrum, chrum” uświadomiło mu, że wcale nie złapał groźnego niedźwiedzia, a jedynie uczy się jeździć galopem na dużej, aczkolwiek najzwyklejszej na świecie świni. Czyli jednak jestem ofermą! – pomyślał sobie. Miał być niedźwiedź, a jest świnia. Nieustające smagnięcia sprężystych gałęzi raz za razem testowały wytrzymałość jego policzków. 
− Auć! – wyrywało mu się samoistnie z gardła. 
Ponieważ wieprzowina nabierała coraz większej prędkości, Niko przylgnął z całej siły do opasłego cielska świni, jednocześnie chwytając się jej długich uszu niczym lejcy. Chłopak trochę spanikował i próbował się teraz szybko odnaleźć w tej nowej roli. W swej niezbyt wypełnionej wiedzą głowie poszukiwał wszelkich informacji na temat świń i ich zachowań. Niestety hasła typu „Instrukcja obsługi świni”, „Dostojny galop świńskich rumaków” albo „Rad wiele o szyku bojowym świń” pozostawały bez odpowiedzi. Rozpaczliwie, chcąc wyhamować tucznika, spróbował z klasycznym „prr”, a ostatecznie nawet z „wio”. Nic nie pomogło. Przebiegli tak jeszcze kilkadziesiąt metrów, aż do pięknej polany wyłaniającej się z gęstego lasu. Szalony jeździec – będąc już w desperacji − chciał osunąć się na miękką trawę, ale niestety zbyt późno podjął tę decyzję. 
Uprzedziła go świnia, która tuż przed olbrzymim dębem, nagle zaryła racicami w ziemię, wyrzucając Nikiego, niczym worek ziemniaków, wysoko w powietrze.


***


Chodzili tą trasą codziennie, a pomimo to Kiełbasa nie mógł się nadziwić, jak piękna może być natura o tej porze roku. Nie to co Filozof, na którym w przeciwieństwie do Kiełbasy, takie widoki nie robiły żadnego wrażenia. Kiełbasa i Filozof byli strażnikami w służbie króla Radomira Opuchniętego..., Zachłannego, którzy na co dzień patrolowali królewskie lasy w poszukiwaniu kłusowników lub innej maści elementu. Wszystko, co znajdowało się w lesie, zaczynając od drzew, a kończąc na zwierzętach, należało pod groźbą surowej kary tylko do jaśnie panującego króla. Kiełbasa i Filozof mieli swoje ulubione trasy, które codziennie przemierzali. Można rzec, że przy tak pięknej jak dzisiejsza pogodzie, była to całkiem znośna robota. Gorzej, gdy zaczynały się pory deszczowe, wtedy przemoczeni do suchej nitki suszyli się przy ognisku całą noc.
Kiełbasa swoim wyglądem doskonale wpisywał się w brzmienie swojego przezwiska. Gruby, niski, zawsze spocony. Sprawiał wrażenie, że zbroja, jaką nosi na sobie, jest o wiele za ciężka jak na jego możliwości. Na swoich małych niezgrabnych nóżkach wyglądał ciągle na biegnącego i niemogącego nadążyć za Filozofem. Szedł zawsze kilka kroków za nim objadając się... kiełbasą i innymi mięsnymi smakołykami. Miał zawsze pod ręką prowiant i nie da się ukryć, że jedzenie... objadanie się... obżarstwo było jego prawdziwą życiową pasją. Skierowany został do patrolowania lasów królewskich, gdyż ze swoją specyficzną fizycznością, nie nadawał się po prostu do żadnej walki. Wyciągnięcie miecza zza pazuchy przyprawiało go o zawał serca, a jedynie co mu dobrze wychodziło podczas bitwy to ucieczka w popłochu, na z góry upatrzone bezpieczne pozycje. W głębi serca był po prostu zwykłym tchórzem i była to jego smutna tajemnica. Dziś jednakże szedł dosyć podekscytowany. Mocno wierzył, że jutro czeka ich wielki dzień. Na sali królewskiej Zamku Trzech Mostów sam król Radomir miał wręczać nowe przydziały do straży zamkowej. Zarówno Kiełbasa, jak i Filozof mieli nadzieję na maleńki awans. W końcu pół roku nienagannej służby w lesie i prawie dwa tuziny złapanych kłusowników dawało im niemałą przewagę w walce o ciepłe posadki.
− Już nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia – rzekł Kiełbasa, wgryzając się w nóżkę od kurczaka i zagadując jednocześnie Filozofa.
− Jeszcze tylko dzisiejsza, nienaganna służba i witaj piękny zamku – dodał, chcąc zmobilizować towarzysza do rozmowy.
− No – odparł Filozof.
− Wyobrażasz sobie te przytulne komnaty?
− Ehe.
− A ten ciągły dostęp do kuchni? – nie krył podekscytowania grubas. – Królewska kuchnia, a zwłaszcza jej magazyny, przepełnione są najsmaczniejszym jedzeniem. 
Niekończący się strumień udek, kiełbas i pieczywa wszelkiej maści – rozmarzył się grubas.
− No.
− I w końcu, nie będziemy musieli tyle łazić po tym lesie. Same plusy. Chyba nie zasnę dziś w nocy.
Filozof chwilkę się zawahał, jakby chciał powiedzieć coś innego, jakby szukał odpowiedniego słowa, w końcu sytuacja wymagałaby tego. Nie był to przecież kolejny dzień ich nudnej służby, tylko kolejny dzień ich nudnej służby, poprzedzający wyjątkowy dzień ich awansu. Nawet przystanął na moment i zawiesił wzrok na słońcu, jakby to tam szukał pomocy w językowej gimnastyce, lecz ostatecznie poddał się szybko i jak zawsze odparł:
− Ehe.
Kiełbasa poirytowany tym, że rozmowa nie za bardzo się klei, odparował:
− No, no i ehe! Filozof wielki się znalazł! Czy ty potrafisz coś więcej powiedzieć? Porozmawiać z człowiekiem?
− No – odpowiedział jak gdyby nigdy nic Filozof.
I to był największy problem towarzysza Kiełbasy. Filozof był całkowitym przygłupem. Nie potrafił w jednym ciągu wypowiedzieć więcej niż dwóch – góra trzech słów. Przekraczało to jego możliwości intelektualne. Wysoki, chudy jak szczapa, o twarzy nieskalanej myślą i z tępym spojrzeniem dzień w dzień maszerował przed Kiełbasą, nadając specyficzny wydźwięk ich rozmowom. Można by rzec z przekorą, że na wszystko miał gotową odpowiedź. Całe piękno i brutalność otaczającego go świata – olbrzymie wodospady, wybuchające wulkany, wielkie bitwy, czy palone domy kwitował jakże prostym i wymownym „no”. Filozof się nie wzruszał, nic go nie dziwiło i nie zaskakiwało. Ubrany w kolczugę i hełm, który zakrywał mu górną połowę twarzy, wyglądał całkiem poważnie. Tak, zakrycie Filozofowi twarzy wpływało zdecydowanie pozytywnie na jego wygląd. Nieoczekiwanie brak jakichkolwiek refleksji owocował u niego dwuznaczną zaletą – odwagą głupca. W beznadziejnych sytuacjach, nieświadomy zagrożeń, parł zawsze do przodu i nigdy się nie poddawał. Kiełbasa był przekonany, że jego towarzysz musiał spaść w dzieciństwie z jakiejś wysokiej skarpy lub może został potrącony przez pędzący powóz, no bo przecież coś – jakieś tragiczne wydarzenie – musiało być przyczyną tak osobliwej wylewności Filozofa. I pomyśleć, że natura może wydać na świat tak mało skomplikowane stworzenie i jeszcze dumnie nazwać je człowiekiem. Oto człowiek.


Przemierzali królewski las przez całą noc. A teraz gdy zaczynało świtać przyszła pora na małą przerwę. Wkraczali właśnie na uroczą dębową polanę. Często się tutaj zatrzymywali, z dala od leśnych komarów i innego robactwa, które próbowało zawsze dobrać się do ich jedzenia. Mogli też napełnić bukłaki świeżą wodą z małego stawiku, który utworzył się w zagłębieniu polany. Kiełbasa sięgnął właśnie do sakwy po kolejne kurze udko, gdy przez myśl przemknęło mu słowo „świnia”. Poirytowany tym, że wszystkie udka już chyba pochłonął, nie zorientował się od razu, że słowo „świnia” zostało ponownie wypowiedziane. Tak, wypowiedziane i to nie przez byle kogo, a samego Filozofa. Grubas dopiero teraz ocknął się z kulinarnego umartwienia i spojrzał na kompana z wielkim zdziwieniem. Filozof stał przed nim i patrząc przed siebie, na przeciwległy skraj polany, jeszcze głośniej powiedział:
− Świnia.
Kiełbasa zaczerwienił się cały i zaczął nerwowo wycierać tłuste paluchy w zbroję.
− Może dużo jem, czasami gdy śpisz, podjadam również twój prowiant, ale żeby zaraz mnie tak obrażać? Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy? – wyznał i już szykował się do riposty pod adresem Filozofa, gdy ten mu przerwał i wskazując palcem przed siebie, powiedział:
− Świnia z jeźdźcem.
Grubas znalazł się w stanie całkowitej konsternacji i absolutnego szoku. Mało, że Filozof wymówił właśnie najdłuższą kwestię od początku ich znajomości, to faktycznie po drugiej stronie polany miała miejsce niespotykana sytuacja. Kiełbasa z rozdziawioną gębą wpatrywał się przed siebie i nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Z lasu, niczym atakująca husaria, wypadli pędząc przed siebie, sporych rozmiarów świnia, która chrumkając dawała wyrazy swego niezadowolenia oraz jadący na niej chłopiec, który przykleił się do jej grzbietu i próbował opanować sytuację, pokrzykując na swego wierzchowca. A to „prrr”, a to „stop”, pojawiło się nawet „wio” – niestety wszystko bez skutku. Kiełbasa widział na jarmarkach wielu cyrkowców, którzy wykonywali na koniach najdziwniejsze sztuczki, ale nigdy nie przypuszczał, że świnia może równie dobrze nadawać się do takiej tresury. Jazda tego przedziwnego duetu zakończyła się nagle – świnia, wzniecając tumany kurzu, zatrzymała się tuż przed dębem, jednocześnie, niczym z katapulty, wyrzucając swego jeźdźca w powietrze. 
Chłopak leciał przez kilka sekund z ciągnącym się za nim głośnym „łaaaaaa”, by po chwili zawisnąć na lichej gałęzi ze znacznie cichszym „auć”. Świnia nie robiąc sobie nic z zaistniałej sytuacji, zaczęła ryć tuż pod dębem, na którym wisiał nieszczęśliwiec. Jej zakręcony dotychczas ogonek wyprostował się, a ona sama oddała się błogim poszukiwaniom truflowych przysmaków.
W przeciwieństwie do Filozofa, Kiełbasa poczuł delikatne zagrożenie i strach przed tym, że być może ich awans zaczął się właśnie oddalać. Nie lubił być zaskakiwany, zwłaszcza przez tak nietypowe sytuacje. Z doświadczenia wiedział, że nie wróżą one niczego dobrego, a wręcz przeciwnie – prawie zawsze oznaczają poważne kłopoty. Grubas zaczął się nerwowo rozglądać za bezpieczną pozycją. Na otwartym terenie nie było jednak miejsca, gdzie mógłby się skutecznie schować. Nie pozostało mu zatem nic innego jak ruszyć za Filozofem, który bez zbędnej zwłoki wyrwał się do przodu w sam środek zamieszania.


***


Niko przez chwilę czuł się wspaniale. Jako marzyciel, często zapatrzony w niebo zawsze chciał latać. Niestety nikt go nie ostrzegł, że każdy lot musi zakończyć się lądowaniem, a to może okazać się doświadczeniem bardzo bolesnym.
− Auć – wydusił z siebie, gdy wleciał w koronę drzewa i niezbyt przyjemnie zatrzymał się na jednej z gałęzi. 
W ostatnim momencie uchwycił ją rękoma, co uchroniło go od upadku z dość dużej wysokości, ale nic a nic nie wpłynęło na polepszenie jego marnej sytuacji. Chłopiec wisiał bowiem na wątłej gałęzi, która pod jego ciężarem, wraz z każdym kolejnym podmuchem wiatru, uginała się coraz bardziej, niebezpiecznie przy tym skrzypiąc. Pęknięcie gałęzi oznaczało dla niego szybkie zapoznanie się z prawem grawitacji, dlatego nie czekając na ślepy los, postanowił działać. Działać, tak jak na prawdziwego mężczyznę przystało…
− Pomocy! Ratunku, niech ktoś mnie stąd ściągnie! − wydarł się wniebogłosy, płosząc przy tym ptactwo w okolicy. − Długo tu nie wytrzymam! Ludzie, ratujcie!
Niko był niezdarą, był też również naiwniakiem. Jednak nie mógł się spodziewać, że odzew na jego lament miał nastąpić tak szybko.
− Już my ci zaraz pomożemy, gagatku! W imię królewskiej złości... yyy, to znaczy mości, złaź natychmiast na dół. 
Dwóch strażników w zbroi, jeden gruby, a drugi chudy, stało pod drzewem i po wyrazie ich min, chłopak domyślił się, że nie są raczej zbyt przyjaźnie do niego nastawieni. Spostrzegł również, że obaj, gapiąc się w górę, wdepnęli w mrowisko. Po niedawnym, przykrym doświadczeniu, co nieco wiedział na temat mrówek, dlatego bez wahania postanowił ostrzec swych rozmówców:
− Zerknijcie pod swoje nogi! Radzę się wam odsunąć! – mówiąc to, zwisał raz na jednej, a raz na drugiej ręce czując, że już za moment zabraknie mu sił i spadnie.
− Nie damy ci się nabrać tumanie! − powiedział gruby, jednocześnie szturchając chudego i uważnie obserwując wiszącego nad nimi chłopaka.
− Jesteśmy strażnikami patrolującymi królewski las, a ty jak mniemam, jesteś małym i wrednym kłusownikiem. Złaź natychmiast albo zaczniemy rzucać kamieniami! – mówiąc to gruby roześmiał się puszyście, zadowolony ze swego poczucia humoru.
− Nie jestem żadnym kłusownikiem! – odkrzyknął Niko. – A ta wieprzowina nie jest z lasu. Świnie nie mieszkają przecież w lesie. Mówiąc to, zerknął na swojego specyficznego wierzchowca i jeszcze raz krzyknął do strażników na dole:
− Odejdźcie na bok! Zaraz będzie za późno!
− Zróbmy to po dobroci, chłopczyku – ciągnął Kiełbasa, nie zwracając uwagi na prośby nieszczęśliwca. – Ty zejdziesz, my odstawimy cię do zamku i... 
Nagle przerwał, a właściwie to przerwał mu Filozof, który z olbrzymim krzykiem zaczął biec w kierunku stawu, jednocześnie zrzucając z siebie i hełm i zbroję i resztę garderoby. Kiełbasa szybko rozejrzał się dookoła i już wiedział, że ukłucia, które czuł na plecach, nie są efektem wiecznie niedomytych pleców, czy też spływającego potu. Przecież stojąc po kolana w mrowisku, nie mógł spodziewać się niczego innego, niż ataku rozwścieczonych mrówek. 
− Aaa, mrówy! − krzyknął w panice. – Wszędzie mrówy! – kontynuował, próbując jednocześnie sięgnąć rękoma do pleców, aby pozrzucać te małe i inteligentne insekty. 
W jedną sekundę zamienił się w tancerza samby, trzęsąc się na wszystkie strony świata, aby po chwili niczym zawodnik sumo przystąpić do ataku na zbawienną wodę w stawie, tuż nieopodal. Mimo iż Kiełbasa pobił w wieku czterdziestu dwóch lat – bo tyle obecnie miał – swój rekord w biegu chodzonym na sto metrów, to nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Niczym żółw zaczął przesuwać się w kierunku wody, niosąc na sobie setki mrówek, które co chwilę dzieliły go kującymi razami. Niko nie mógł niestety obserwować zamieszania na dole, gdyż sam był w poważnych tarapatach. Gdy na jego bujnej czuprynie usiadła sójka i skrzecząc, próbowała odciągnąć go od dziupli pełnej żołędzi, gałąź, na której wisiał, nie wytrzymała dodatkowego ciężaru i z trzaskiem złamała się. Chłopak krzycząc poleciał w dół, a sójka zaskoczona nieco odniesionym sukcesem – i z pełną pogardą dla intruza – podfrunęła wyżej. 


***


Mówią, że gdy do człowieka zbliża się śmierć, widzi przed sobą światło w tunelu i wszystkie ważniejsze momenty ze swojego życia. Niko zamknął oczy i zaczął żegnać się z tym światem. Mimo szczerych chęci, nie dostrzegł żadnego tunelu, światła również tam nie było. Zamiast tego, poczuł typowy dla świń fetor i usłyszał – z nieskrywaną radością – chrumkanie. Wieprzowina głośno wyraziła swoje niezadowolenie, gdy niechciany jeździec powrócił na jej grzbiet i oderwał jej uwagę od błogiego pałaszowania trufli. 
Niko pędził jak oszalały na swoim wierzchowcu. Cudowne uniknięcie – wydawałoby się – nieuniknionej śmierci, dodało chłopcu odwagi. Postanowił wykorzystać zaistniałą sytuację dla własnych celów. Dostrzegł, że nieopodal na ziemi, leżały rzeczy, porzucone w popłochu przez Filozofa, który właśnie przechodził przyśpieszony kurs pływania. Dobry hełm, trzewiki czy też kolczuga, nawet jeżeli będą za duże, zawsze zwiększą jego szansę na przetrwanie w tym okrutnym świecie. Dlatego w desperacji szarpnął za prawe ucho świni i... to było to. Prawdziwy strzał w dziesiątkę! Tucznik w końcu zareagował prawidłowo na sygnały Nikiego i począł kierować się na prawą stronę. Chłopak uskrzydlony chwilowym sukcesem spiął nogi na bokach swego wierzchowca, wprowadzając go tym samym w galop. Kto widział świnię w galopie?


***


Kiełbasie wydawało się, że gna niczym piorun, ale niestety staw nie chciał się wcale przybliżyć. Mrówki, mimo iż część już opadła z grubasa na ziemię, dalej były w liczebnej przewadze, nie dając mu o sobie zapomnieć. Próbując po raz kolejny zdjąć zbroję, potknął się o wystający korzeń i wylądował na plecach. Widząc, jak jest nieporadnym, poprzysiągł sobie w myślach, że zmniejszy dzienne spożycie kiełbas z piętnastu do czternastu. 
− Z pewnością wpłynie to dobrze na moją kondycję – powiedział i kątem oka dostrzegł, jak sprytny chłopak, jadąc w jego kierunku, kolekcjonuje przy okazji całe wyposażenie Filozofa.
− Ty łajdaku! – krzyknął, sapiąc głośno. – Mało, że kłusownik to jeszcze złodziej?! – oburzony, wstał z ziemi i dobył krótkiego miecza. 
Z wielkim wysiłkiem uniósł białą broń do góry i zamachnął się z całej siły, w momencie, gdy chłopak znalazł się tuż przed nim. Cios został jednak zadany troszkę za wcześnie i był na tyle potężny, że Kiełbasa, tnąc powietrze, zrobił – niczym baletnica – piruet na jednej nodze i ponownie stracił równowagę. Byłby się przewrócił na ziemię, gdyby nie to, że po wykonaniu pełnego obrotu, jego jakże zdziwione usta zetknęły się z umorusanym ryjkiem świni, na której jechał Niko. Ten pocałunek miłości trwał co prawda tylko ułamek sekundy, ale życie zarówno Kiełbasy, jak i świni, nigdy nie miało być takie same. Z pewnością nigdy nie dowiemy się dla kogo było to bardziej wyniszczające doświadczenie? Kto na tym bardziej ucierpiał? Pewnym jest jednak, że dwa stworzenia, na co dzień jakże różne od siebie, były w tym konkretnym przypadku szalenie do siebie podobne. Człowiek i świnia nigdy wcześniej i nigdy później nie byli już tak blisko. Na szczęście wraz z pocałunkiem przyszła olbrzymia fala uderzeniowa, która wysłała oszołomionego grubasa w powietrze, rozrywając jednocześnie jego zbroję na strzępy.


***


Nie umiejący pływać Filozof, po długiej walce ze swoimi słabościami, zaczął się właśnie wygrzebywać ze stawu. Miał wrażenie, że oprócz zbroi udało mu się również pozbyć wrednych mrówek. Był z siebie zadowolony, co mu się rzadko zdarzało. Trzymając się starego, zbutwiałego kawałka drewna, dotarł już do brzegu i wypluwając wodę z płuc, począł się powoli podnosić na nogi. Wstał ubrany tylko w klasyczną kalesono-koszulę w paski. Bieliznę, która uwierała w kolanach i uciskała pod pachami, zwłaszcza że była całkowicie przemoczona. Prawą ręką odgarnął z oczu długie nitkowate glony i już miał się uśmiechnąć sam do siebie, gdy w powietrzu rozległ się przeraźliwy pisk. Coś jakby kula armatnia zmierzała w jego kierunku. Rozejrzał się szybko po niebie i w jednej chwili zrozumiał, że nadlatującą, krzyczącą głośno kulą armatnią był jego kompan − obdarzony nadprzyrodzoną wagą, przyozdobiony w kolorowe gacie na długich szelkach. Niczym meteoryt, który kiedyś zmiótł z naszej planety dinozaury, zmierzał teraz w jego kierunku. Filozof zdążył tylko powiedzieć do siebie:
– No, nie!
Uderzenie było tak ogromne, że wysoki chudzielec, wraz z przytulonym do niego Kiełbasą, wlecieli ponownie do stawu, a ze względu na wagę ciężką grubasa, staw postanowiła natychmiast opuścić cała wypełniająca go woda. 
Filozof ocknął się po chwili i rozejrzał dookoła. Najpierw, na granicy lasu dostrzegł pędzącego przed siebie młodego chłopaka. Następnie zauważył, że z dosyć głębokiego stawu, pozostała tylko malutka kałuża wypełniona podskakującymi w poszukiwaniu wody rybami. Dopiero po dłuższej chwili spostrzegł swojego kolegę. Kiełbasa leżał rozłożony na plecach, cały w czerwonych plamach po mrówkach i z przyczepionym do nosa rakiem. Biedak majaczył coś o awansie i o straży zamkowej, ale dla Filozofa było już jasne, że choć ze strażą będą mieć w najbliższym czasie coś wspólnego, to niekoniecznie dotyczyć to będzie ich awansu.

 

Rozdział 1

08 lutego 2020

MĘSKA RZECZ

Książka dla dzieci i młodzieży od 10 lat.

Niko. Chłopiec, który marzył

 

 

     ZAMÓW

 

 

     ZAMKNIJ

 

 

     ROZDZIAŁ I

 

 

     ROZDZIAŁ IV

Książka dla dzieci. Niko. Chłopiec, który marzył