Fragment

 

...

− Wstawaj grubasie! Dziś trafisz do nieba!
Szturchańce i śmiech strażników obudziły skrajnie wykończonego Kiełbasę. Początkowo nie wiedział, gdzie się znajduje, ale brutalna rzeczywistość szybko postawiła go na nogi. Filozof już stał obok, zakuty w łańcuchy. Grubasa właśnie wyciągano z klatki. Słońce powoli budziło się ze snu, przedzierając się przez niewielkie obłoki. 
Zapowiadał się piękny dzień, ale Kiełbasa obawiał się, że jego i Filozofa nie koniecznie musi to dotyczyć. Kubeł zimnej wody, jakim zostali oblani, uświadomił mu, że jego przypuszczenia są jak najbardziej na miejscu.
− Dziś musicie być czyściutcy i pachnący − powiedział jeden ze strażników. – Będziecie mieć audiencje u samego króla.
Kiełbasę również zakuto w łańcuchy, po czym cały orszak ruszył w kierunku placu zamkowego. Żegnani byli jedynie przez zawiedzione sępy. Tyle dni oczekiwania na nic. Pyszny posiłek odchodził właśnie na ich oczach. Filozof jak zawsze się nie odzywał, natomiast grubas szedł jak zahipnotyzowany, rozmyślając o zbliżającym się końcu. Czy był zły na chłopaka, który miał ich uratować? Niekoniecznie. Ten cały szlak królewski to nie było nic pewnego, a i pewnie młodego złapali w końcu strażnicy. Z zamyślenia wyrwały grubasa bijące dzwony. Ich dźwięk roznosił się donośnie po całej okolicy. Im bardziej zbliżali się do wewnętrznej bramy, tym dłuższy korowód ciekawskich mieszczuchów podążał za nimi. Oczywiście, wszędobylskie dzieci i nieliczni dorośli nie mogliby sobie darować, gdyby nie rzucili parę razy w skazanych zgniłym pomidorem lub ziemniakiem. Za każdym razem, gdy Filozof lub Kiełbasa zostali trafieni, dookoła roznosiły się gromkie oklaski. Cała ta nieprzyjemna dla więźniów zabawa zakończyła się, gdy orszak przeszedł przez bramę wewnętrznej palisady, dostając się jednocześnie w okolice placu zamkowego. Biedota i mieszczuchy z pierwszego pierścienia nie zostali dalej wpuszczeni. Kiełbasa odetchnął z ulgą, że chociaż tę część kłopotów miał już za sobą. 


Po tej stronie muru damy ubrane w długie atłasowe suknie oraz mężczyźni w galowych mundurach, tylko z zaciekawieniem przyglądali się skazanym. W końcu najlepsze miało dopiero nadejść. Wielkie widowisko, w którym to człowiek po raz pierwszy zawładnie niebem. Korowód wszedł na plac zamkowy wypełniony tłumami ciekawskich. Stanęli na samym środku, zatrzymując się w niewielkiej odległości od mostu prowadzącego na wewnętrzny dziedziniec zamku. Grubas przyjrzał się dokładnie otoczeniu, jak zawsze szukając miejsca do ukrycia. Parę elementów wydawało mu się obcych i wzbudzało jego podejrzliwość. Na przykład nieopodal, na ziemi zostały namalowane na leżących tam szmatach duże okręgi. Biało czerwone po ich lewej stronie i biało-niebieskie po prawej, uderzająco przypominając tarcze celownicze. Na środku każdego z nich została ustawiona duża drewniana beczka, wypełniona po sam czubek wodą. Natomiast jeszcze większy niepokój wzbudził w nim widok zamku. 
Tuż nad bramą prowadzącą na wewnętrzny dziedziniec, znajdowała się duża platforma w kształcie kosza, którą opuszczano powoli na dwóch opasłych linach. Kiełbasa zerknął ku górze, aż po sam szczyt stupiętrowej ściany zamku. Miał tylko nadzieje, że to nie oni będą wciągani na górę.


Nagle wszędobylski szmer zgromadzonych ucichł całkowicie. Z wewnętrznego dziedzińca poczęli nadchodzić strażnicy, ubrani w odświętne czerwone mundury, wraz ze swym kapitanem Mściwojem Mściwym, a tuż za nimi pojawiła się lektyka niesiona na ramionach przez ośmiu osiłków, po dwóch na każdy koniec kija. Lektyka była popularnym w tamtych czasach środkiem transportu dla wszelkiej maści księżnych, książąt no i oczywiście króli, którzy nie mogli przecież niczym zwykli mieszczanie, kalać swych stóp dotykając ziemi. Ich prawdziwa władza pochodziła wszak z niebios. Temu właśnie służyła lektyka. Pięknie zdobiona, zbudowana z najlepszej jakości drewna dębowego. Tutaj, akurat o owalnym kształcie, z tronem skrytym za podwójnymi kotarami, tak aby nie było widać, kto się znajduje w środku. Do drewnianej podłogi od spodu na stałe przymocowane były właśnie owe długie kije. Obsługa, najczęściej niewolnicy, chwytali za nie i unosili konstrukcję w górę wraz ze znajdującym się wewnątrz pasażerem. Całość zestawu nieśli na swoich ramionach. Czasem, w związku z tym, że ludzka natura bywa zawodna, zdarzały się zabawne sytuacje. 


W momencie wkroczenia całego królewskiego orszaku na plac, wszyscy zgromadzeni natychmiast przyklękli na jedno kolano, aby okazać szacunek swemu władcy. Zwyczajowo, trwano w tej pozycji, dopóki król nie wygramolił się z lektyki. Podobnie było dzisiaj, z małym wyjątkiem zaburzającym troszeczkę powagę sytuacji. Gdy jaśnie panujący Radomir Zachłanny już wystawił tyłek zza kotary, aby się łaskawie zniżyć do poziomu ciemnego ludu, ni stąd, ni zowąd na placu pojawił się mały kundelek. Ludzie nazwali go Zakapior, gdyż notorycznie atakował króla oraz całą jego świtę. Nie było dnia, żeby ten biały, mały mieszaniec nie skorzystał z okazji i nie szturmował na nogi – najlepiej samego władcy. Po okolicy chodziła plotka, że podobno kiedyś, król Radomir potraktował go swym butem, gdy biedactwo podeszło w nadziei po miskę strawy. Od tamtego czasu mały kundelek nie dawał za wygraną i gdy tylko nadarzała się okazja, to korzystał z niej z wielką przyjemnością, wręcz pasją. Dlatego teraz nikt nie był zdziwiony, kiedy Zakapior zaczął uparcie gryźć nogę jednego ze służących, który niósł króla. Biedak, trzymając ciągle na swych ramionach lektykę, z wychodzącym z niej władcą, zaczął wierzgać nogą to w lewo, to w prawo, aby pozbyć się małego intruza. Tyle i tylko tyle, ku niewątpliwej uciesze zgromadzonych starczyło, aby standardowe wyjście króla zamieniło się w całkiem dobrą komedię. Cała konstrukcja poczęła się chwiać. Radomir stracił równowagę i zamiast wyjść z gracją, najpierw zawisł na sekundę w powietrzu, trzymając się obiema rękoma kotary, by po chwili, gdy ta rozdarła się pod jego ciężarem, upaść na ziemię. W momencie zderzenia najjaśniejszego władcy z podłożem, wśród zgromadzonych rozległ się przeciągający jęk. Jednak ustał natychmiast, gdy króla postawiono do pionu. Wszyscy znowu spuścili wzrok, udając, że nic nie widzieli. Dopiero gdy zdezorientowany szambelan zapowiedział władcę, wszyscy powstali, jak gdyby nigdy nic się nie stało.


Król Radomir Zachłanny nie miał dobrej opinii wśród ludu, nie miał również przyciągającej aparycji. Był typowym grubasem pozbawionym szyi, z trzema podbródkami i bardzo nieprzyjemnym oddechem. Cały obwieszony we wszelkiego rodzaju łańcuchy, medale i pierścienie. Wszystkie oczywiście z jak najprawdziwszego złota. Nie dawało to jednak wiele, gdyż Radomir był totalną fleją. Ewidentnie nie lubił się z wodą i wanną. Tłuste kręcone włosy opadały mu na malutkie ramiona, z nosa i uszu wyrastały pojedyncze kłaki, a wszystkie szaty, które zakładał były pełne plam. Ten i tak już smutny obraz dopełniały blizny na twarzy po ukąszeniach. To pamiątka po pięknym prezencie Nikiego – pszczołach z miodem. 
Poirytowany, otrzepał z siebie kurz i poprawił koronę, która niewiele brakowało, a spadłaby podczas upadku. Zerknął na lewo i prawo i w absolutnej ciszy rozpoczął obchód wśród najważniejszych oficjeli na zamku, wystawiając im do pocałunku brudne łapsko. W końcu ta przyjemność również spotkała Kiełbasę i Filozofa. Ten drugi całując oblepioną rękę, cieszył się, że jego życie jest tak nic nieznaczące, że nie musi robić tego na co dzień. Filozof po pocałunku od razu poznał, że najjaśniejszy pan na śniadanie jadł kurę w rosole. Cała dłoń była tłusta, a spod paznokci władcy wystawały resztki kurzego mięsa. 
− Ten tego, ten tego... − rozpoczął swe przemówienie król, patrząc się na dwóch stojących przed nim więźniów. − A więc powiedziano mi, że chcąc odkupić swoje winy i uniknąć przy okazji tortur, na jakie kapitan Mściwoj chciał was zesłać – tu zerknął wymownie na kapitana – postanowiliście zgłosić się na ochotnika i wesprzeć waszego jakże uniżonego władcę, czyli mnie w tym jakże ambitnym projekcie. 
Radomir, mówiąc „uniżonego”, zgiął się delikatnie w pół, po czym zadowolony sam z siebie, że wpadł na taki fajny pomysł, aby przypodobać się podwładnym, klasnął szybko dwa razy. Na ten dźwięk z bramy prowadzącej na wewnętrzny dziedziniec wybiegło kilku służących, niosąc ze sobą dwa zestawy skrzydeł oraz przenośny dzwon niewielkich rozmiarów. Tym razem rozległ się wokół jęk podziwu i zaskoczenia. Król zdecydowanie połechtany reakcją na widok jego dzieła donośnym głosem mówił dalej.
− Ten tego, ten tego... Jak wiecie jako dobremu, sprawiedliwemu i hojnemu władcy, nie jest mi obojętna ludzka krzywda – zerknął jednym okiem, czy nikt nie kwestionuje jego łgarstwa. − Dlatego postanowiłem zlitować się nad tymi tu biedakami i dać im jeszcze jedną szansę.
− Ten tego, ten tego... Przejdę zatem do omówienia mojego dzieła – tu wydął dumnie pierś i podniesionym głosem dzielił się swoimi spostrzeżeniami. − To o czym się teraz tutaj dowiecie i to, co dziś zobaczycie, nie miało jeszcze miejsca w naszym królestwie i odważę się zaryzykować stwierdzenie, że również w całym znanym nam dotąd świecie. − Delikatny szmer zaskoczenia przebiegł po zgromadzonych, ale król zdecydowanym ruchem ręki wszystkich uciszył. 
− Ten tego, ten tego... Dziś, dzięki mojej nieokiełznanej mądrości i lat żmudnych badań, zostaniecie oświeceni i wierzcie mi! − zagrzmiał król. – Wasze, życie nigdy już nie będzie takie samo. − Któraś z dam w tłumie nie mogła wytrzymać już tych emocji i omdlewając, osunęła się na ziemię.
− Znajcie dobroć mego serca. Przecież mogłem nie dzielić się tą wiedzą z wami. Jednakże jako król, który zawsze stawia na rozwój, nie mogę uczynić inaczej. 
Tu obrócił się dookoła, wskazując na każdego zgromadzonego na placu swoim opasłym paluchem. 
− Ten tego, ten tego... Od około roku intensywnie obserwuję wróbelka, którego mam u siebie w sypialni w klatce. To znaczy nie w kółko tego jednego jedynego, bo pierwszego zjadł kot, a na drugim przypadkiem usiadłem, ale... nieważne. Wiedźcie, że obserwuję tego wróbelka i uwaga... bo teraz poznacie tajemnicę! − zagrzmiał wyraźnie podekscytowany. – Zauważyłem... albo używając terminu naukowego, zaobserwowałem, że... − i tu zrobił długą pauzę, jeszcze bardziej podgrzewając atmosferę zaciekawienia – że ptaki latają, bo mają – uwaga, bo teraz was zaskoczę – bo mają 
skrzydełka!!
Wśród widowni zapanowała konsternacja i nawet Kiełbasa z zażenowania zaczął drapać się po brzuchu. Cisza była tak niezręczna, że przypadkowa mucha usiadła i przestała bzyczeć, przekonana, że wszyscy się na nią gapią. Aczkolwiek wystarczyło, by kapitan Mściwoj uchwycił rękojeść swego miecza, a całe zgromadzenie zaczęło gromko bić brawo, wiwatując jednocześnie 
„Niech żyje król”.
Zadowolony z reakcji podwładnych Radomir, ponownie gestem ręki uciszył wszystkich. 
− Ten tego, ten tego... To nie wszystko moi mili. Jeżeli pierwsza wiadomość was zszokowała – i w sumie to dobrze, bo jest to wiekopomne odkrycie – to druga informacja tego dnia spowoduje, że będziecie zbierać szczęki z podłogi. − Tu unosząc palec wskazujący do góry, 
rzekł.
− Same skrzydła nie wystarczą! Ha, zaskoczyłem was, co nie? Uwaga trzymajcie się wszyscy mocno. – W tym momencie król zniżył tembr głosu niemal do szeptu i sam pochylił się delikatnie w przód. – Aby latać, trzeba jeszcze tymi skrzydłami ruszać! Tak właśnie robią wróbelki! Ruszają swoimi małymi skrzydełkami i latają!
Owacja na stojąco to za mało powiedziane. Całe towarzystwo zaczęło wręcz szaleć z radości! Zwłaszcza, że kapitan
Mściwoj ciągle trzymał swą dłoń na rękojeści miecza. Uciszyli się nagle wszyscy, gdy przed szereg wyszła jedna z dam mająca pewne wątpliwości co do wielkości badań naukowych króla.
− Panie władco nasz kochany! A ja się pytam co z kurami?
− Ten tego, ten tego... Co z kurami? − zdziwił się król, ale nie pytaniem, tylko tym, że ktoś miał odwagę takowe zadać. Jednak kobieta była nieustępliwa.
− No, co z kurami pytam, bo wszyscy wiedzą, że skrzydła mają, a nie latają? Co najwyżej podfruwają!
− Podfur..., podfru... − męczył się z tym trudnym słowem Radomir Zachłanny. 
Cały pokryty czerwienią, z wściekłości, że ktoś ma czelność podważać jego odkrycie naukowe. Lecz po chwili opanował się i wykorzystał zagranie najbardziej typowe i powszechne, zwłaszcza w stosunku do kobiet.
− To czarownica! − wskazał palcem na powątpiewającą w jego odkrycia kobiecinę. – Wiedźma lub czarownica, mówię wam! Albo i wiedźma i czarownica jednocześnie. Tortury i na stos z nią!
− Za co? – pytała przerażona.
− Za podejrzane kontakty z kurami!
− Ależ Panie litościwy, ja tylko chciałam... − próbowała się bronić, ale nikt jej już nie słuchał. Wszyscy wiedzieli, że król ma zawsze rację. Dwóch strażników wyniosło ją na wewnętrzny dziedziniec zamkowy i więcej nikt już o niej nie słyszał. W momencie, gdy zniknęli za bramą, tłum począł ponownie wiwatować ku chwale swego jakże mądrego odkrywcy.
− Tak trzeba rządzić! Widzicie?! Nadawać kierunek dla ludu, a powątpiewającym tłumaczyć co i jak! − przekrzykiwał hałas król.
− Wróćmy jednak do mojego skromnego odkrycia. Czym że jest wiedza teoretyczna, gdyby nie możliwość udowodnienia w praktyce swych racji. − Skupił się ponownie na temacie skrzydeł Radomir.
− Wiedźcie, że macie odważnego króla, i tak, muszę to przyznać − jako pierwszy człowiek na świecie latałem, mając do rąk przywiązane te oto skrzydła. − Wskazał tutaj na komplety przyniesione przez służących. 
Na każdą rękę przypadało jedno duże skrzydło, zbudowane z orlich piór powiązanych ze sobą w całość za pomocą zwykłych sznurków. Całość do ludzkich rąk mocowana była w dwóch miejscach za pomocą specjalnych pasów, lecz… końcowy efekt był raczej mało przekonujący. 
− Zaryzykowałem, będąc świadomym, że królestwo potrzebuje właśnie takich odważnych ludzi jak ja. A jako wasz władca uniżony – i tu znowu przykucnął – nie mogłem dopuścić, aby ktoś inny ryzykował życiem, za moje jakże błyskotliwe, aczkolwiek niebezpieczne pomysły. Dlatego ja sam, mimo zdecydowanego sprzeciwu mojej służby, kapitanów i generałów, przeprowadziłem jakże udane testy tych skrzydeł. Przyznam wam się szczerze, że strach miałem w oczach, a wiedzcie, że król rzadko przyznaje się do swoich słabości. Mówię to jednak, aby uświadomić wam, ile ryzykowałem i aby dodać otuchy tym dwóm śmiałkom. – Wypowiadając te słowa, wskazał na Kiełbasę 
i Filozofa.
− Pierwsza próba była najgorsza i najbardziej niebezpieczna. Przyodziany jedynie w te skrzydła, które tu widzicie i nic więcej, aby ograniczyć opór powietrza, stałem gotowy do skoku. I w momencie, w którym trzeba było potwierdzić swe męstwo i oddanie sprawie, skoczyłem! 
− Brawo, brawo! − wyrwało się któremuś ze słuchaczy, a inna dama na cały głos krzyknęła:
− Nasz bohater!
− Tak, macie rację kochani. Zachowałem się jak bohater. Lot z królewskiego łoża na podłogę był krótki i zakończył się na szczęście bezpiecznym lądowaniem.
Nie wiadomo dlaczego, ale po tych słowach wielu ze zgromadzonych walczyło ze sobą bardzo mocno, aby zdusić salwę śmiechu, która chciała wydobyć się z ich ust. Każdy z nich miał pewnie jeszcze przed oczami kobietę pytającą o kurę. Król jednak nic nie zauważył, zanurzony w opowieści o swych bohaterskich czynach.
− Drugą próbę wykonałem zaraz po pierwszej. Zachęcony powodzeniem, zaryzykowałem i wszedłem natychmiast na krzesło. Nie wahając się chwili dłużej, skoczyłem ponownie, stawiając na szali swe życie. Próba na szczęście się udała i wtedy poczułem to coś... − tu zatrzymał się na moment, przymykając oczy. – Poczułem... wiatr we włosach.
Król pozostał chwilę w tym uniesieniu, rozpływając się w myślach nad swoimi czynami. Wśród zebranych panowała konsternacja, on odbierał to jednak jako ciszę poddanych, pełną podziwu dla jego czynów. Nie trwało to długo. Ocknął się i dając znak sługom, aby zamontowali skrzydła Kiełbasie i Filozofowi zwrócił się ku nim.
− No moi mili. Ja przetarłem pierwsze ścieżki nauki, aby podbić i zdobyć coś, co dotychczas było takie ulotne i niedostępne. Teraz niebiosa stoją przed nami otworem. Mówiąc to, zerknął wysoko i wskazał palcem na sam czubek zamku, skrywający się w porannych obłokach.
− Zazdroszczę wam! Skok z dachu naszego zamczyska to nie lada wyzwanie i wierzcie mi, gdyby tylko nie to, że jestem niezastąpiony, sam natychmiast bym skoczył.
Widząc jak całe ciało Kiełbasy, zaczyna drżeć, podszedł do niego i kładąc rękę na jego ramieniu, powiedział:
− Nie bój się! Przecież to ja pierwszy ryzykowałem życiem – tu wskazał rękoma na siebie – jestem cały i zdrowy. Brawo dla śmiałków! – dodał na zakończenie, poklepując go po plecach. 
− Ale panie, każesz nam skakać z setnego piętra?! Z samego dachu?! – zaczął Kiełbasa. – Czy nie uważasz, że może zbyt szybko przechodzimy na dosyć duże wysokości? W końcu między krzesłem a tym ledwo widocznym z tego miejsca szczytem zamku jest spora różnica, nieprawdaż?
Kiełbasa starał się jakoś wyperswadować jego najjaśniejszej mości królowi ich lot, ale miał świadomość, że decyzja i tak już zapadła, a król pogrywa z nimi tylko, udając zatroskanego. Podobnego zdania był również Filozof, dlatego grubas kątem oka poszukiwał już bezpiecznego miejsca do lądowania.
− Ten tego, ten tego... Pomyślałem o wszystkim, a zwłaszcza o waszym bezpieczeństwie! Znajcie bezgraniczną dobroć mego serca! – odpowiadał na wątpliwości Kiełbasy król. – Zobaczcie! Tą oto specjalnie przygotowaną platformą, zostaniecie wciągnięci na dach zamku, a na sygnał tego małego, ale jakże donośnego dzwonu, rozpoczniecie swój arcyciekawy lot. – Tu król zrobił małą dygresję. – Przypominam wam, aby intensywnie machać skrzydłami.
− Co zaś się tyczy waszego bezpieczeństwa. – wyraźnie zadowolony z siebie rzekł. – Zerknijcie na boki! Na ziemi rozłożone macie sukno z namalowanymi tarczami, a na środku każdej z nich znajduje się całkiem pokaźna beczka z wodą. To wszystko z myślą o waszym bezpieczeństwie!
W tym miejscu dał znać zgromadzonym, że mogą bić brawo i tak też się stało. Co poniektórzy zachwyceni środkami bezpieczeństwa, o jakie zadbał ich władca, zaczęli mu nadawać nowe przydomki. Z tłumu i ogólnej wrzawy dało się wychwycić Radomir Litościwy albo nawet Radomir Miłosierny lub Roztropny.
− Nie przeciągajmy, zabrać ich na górę! – rzekł król do strażników, po czym zwrócił się do ochotników.
− Pamiętajcie, skaczecie dopiero na dźwięk dzwonu. – I tu wskazał, na mały dzwon wniesiony przez służących. − Brawa dla odważnych! Pożegnajmy ich z należytym szacunkiem! 
Kiełbasa wchodził na platformę na nogach jak z waty. Razem z nim znalazł się tam jeszcze Filozof i dwóch wyższym stopniem strażników, którzy mieli zadbać o odpowiednią procedurę startową. To znaczy, gdyby przymusowi ochotnicy nie mieli chęci skakać, żołdacy mieli im zaaplikować solidne kopniaki. Na znak króla ruszyli w górę. Obaj skazani z założonymi skrzydłami wyglądali dosyć zabawnie. Grubas przypominał przerośniętego kurczaka, a Filozof z poważną i skupioną miną prezentował się niczym aktor przed rolą życia w teatrze. Kiełbasa jednak nie wytrzymał napięcia i po parunastu metrach wznoszenia padł na podłogę i zaczął wrzeszczeć, że ma lęk wysokości, że się boi, że... ale nikt go już nie słyszał. No dobra, strażnicy słyszeli, ale nic ich to nie obchodziło, a poza tym... mieli niezły ubaw.


***


− Jeszcze chwilę, jeszcze troszeczkę – sapał sam do siebie Niko.
Zmarnowany i skrajnie wykończony, teraz człapał już tylko po schodach. Rachubę stracił na drugim piętrze, a sama myśl, że wyjście na dach znajduje się na poziomie setnym, przyprawiała go o potężny ból głowy. Pierwotnie liczba sto pomyliła mu się z dziesięć, w końcu różnią się między sobą tylko jednym zerem. Dlatego na początku, kolejne piętra ubywały mu szybko, ale gdy po kilkunastu minutach zorientował się, że w sumie ciągle jest na początku drogi, jego tempo wspinaczki zdecydowanie spadło. Nie pomagały też kręcone schody, które ciągnąc się w górę, wydawały się nigdy nie kończyć. Jakby tego wszystkiego było mało, to gdzieś w okolicach połowy drogi na dach, zorientował się, że nie ma z nim Marceli. Tak szybko wybiegł z biblioteki, że całkowicie o niej zapomniał. Nie było jednakże czasu, aby zawrócić. Kiełbasie i Filozofowi groziło niebezpieczeństwo, a on obiecał im pomoc. Teraz skupiał się tylko na tym. Chłopak nie przypominał jednak siebie samego sprzed czterdziestu minut. Spocony to mało powiedzieć. Zlany potem z góry na dół, zataczał się na kolejnych stopniach, zatrzymując się co chwilę i łapczywie łapiąc powietrze. Zrobił jeszcze kilka kroków, by w końcu osunąć się na schody. Był całkowicie zrezygnowany.
− Nie dam rady! Nigdy nie dojdę na sam szczyt!
I w momencie, gdy wypowiedział te słowa, spojrzał w górę i ponownie ruszył przed siebie. Zauważył bowiem, że nie tak daleko w górze majaczy sufit, a w nim klapa wyjściowa na dach. Niko pomyślał, że jeśli nie są to przewidzenia spowodowane skrajnym wykończeniem, to jest uratowany. Pokonał ostatnie kilkanaście stopni z całkiem niezłym tempem i uzbrojony w miecz, z hełmem na głowie, naparł z całej siły na metalowy właz znajdujący się nad nim. Ten ustąpił z niemałym oporem i chłopak zdołał się wygramolić na zewnątrz. 
Od nagłego przypływu tlenu i skrajnego wyczerpania, zaczęło mu się kręcić w głowie, a olbrzymie podmuchy wiatru, jakie tu szalały, wcale mu nie pomagały. Zerknął ostatkiem sił przed siebie, aby zobaczyć kilku, może kilkunastu strażników zaskoczonych obecnością intruza. Część z nich równie skatowana, jak on, pracowała przy dwóch dużych kołowrotach, obracając nimi, nawijali jednocześnie dwie grube liny. Ewidentnie wciągali coś na dach, a ich miny wskazywały na to, że było to coś ciężkiego. Reszta niepewna co do funkcji, z jaką przybył tu chłopak, czekała na rozwój wypadków. Niko zaczął podchodzić w ich kierunku, ale biorąc pod uwagę wysiłek, jaki miał za sobą i targające nim podmuchy wiatru, nie było to łatwe zadanie. Kątem oka zerknął w dół na całą dolinę rozciągającą się dookoła zamku. Nigdy nie był jeszcze na takiej wysokości, dlatego widok zrobił na nim olbrzymie wrażenie. Na dole, u podnóża zamkowych ścian ludzie wielkości mrówek skandowali coś i wiwatowali. Z chwilowego zamysłu wyrwał go jednak dziwny obiekt, który wyłonił się po przeciwnej stronie dachu. Właśnie w tej chwili pojawił się kosz z dwoma strażnikami oraz z Kiełbasą i Filozofem przystrojonymi dziwnymi skrzydłami. Wysypali się z niego w momencie, gdy pozostali strażnicy zatrzymali kołowroty. Jedynie Kiełbasa przyklejony do podłogi − cały drżąc i jęcząc − nie chciał ruszyć się z miejsca.
Niko postanowił działać, domyślając się jednocześnie – ku swemu przerażeniu – po co jego znajomym skrzydła na takiej wysokości.
− Stop! – wydarł się na cały głos resztką sił. – Żadnych głupich ruchów! Mam miecz i nie zawaham się go użyć! 
Chciał ruszyć do przodu, ale zawroty głowy przybrały na sile i niepewnie przesunął się tylko o jeden krok. 
− Chłopaki, jestem tutaj! – zwrócił się do Kiełbasy i Filozofa, po czym zrobił dłuższą pauzę, tracąc kontakt z rzeczywistością. – Tak jak obiecałem, jestem...
Ponownie się zatoczył, nie mając jednocześnie siły, aby dokończyć zdanie. Reakcja strażników tym razem była jednak już prawidłowa. Dobyli mieczy i ruszyli w jego kierunku. Niko tracąc całkowicie świadomość, resztkami sił niezdarnie wyciągnął miecz i próbując unieść go w górę, wypowiedział swoją ostatnią kwestię:
− Jestem tu by was uwolnić. 
Po czym zatoczył się i zemdlał, tuż przed zbliżającymi się strażnikami.


***


Nikiemu wróciła świadomość. Początkowo nie wiedział, gdzie jest. Miał wrażenie, że wszystkie te wydarzenia z ostatnich tygodni to tylko zły sen, a on właśnie przebudził się na swoim łóżku w Pchlim Tyłku. Zaraz zje śniadanie i uda się z ojcem na obchód wioski. Silny podmuch wiatru uświadomił mu jednak, że rzeczywistość była zgoła odmienna. 
Leżał na kamiennym dachu Zamku Trzech Mostów i chyba musiał stracić na moment przytomność. Ciągle był otumaniony i nie do końca potrafił zebrać myśli. Walczył ze sobą, aby ponownie nie odpłynąć w krainę nieświadomości. Podniósł ciężką jak kamień głowę i pomyślał, że być może dalej jest nieprzytomny. Wydarzenia, które się przed nim rozgrywały, nie mogły się dziać naprawdę. Takich rzeczy nie widuje się na co dzień, a to na co teraz patrzył, wyglądało raczej na jakiś głupi, nierealny żart. 
Z trudem podniósł się na kolana i przetarł oczy, a jego jeszcze nie w pełni aktywny umysł zaczął coraz sprawniej rejestrować obraz i dźwięk. Dotychczasowy pisk w jego uszach ustąpił nieco miejsca krzykom i wrzaskom. Dopiero teraz ocknął się całkowicie. Dookoła panowała totalna zawierucha i chaos. Broń i tarcze żołnierzy porozrzucane były wokół, a oni sami, patrząc na Nikiego z przerażeniem, uciekali. Jakby tego było mało, zza jego pleców wybiegł niczym błyskawica jeszcze jeden z nich − z płonącym tyłkiem, niczym pochodnia. Wrzeszcząc i miotając się na wszystkie strony, dobiegł do krawędzi dachu i nie bacząc na nic, skoczył, ciągnąc za sobą kłęby czarnego dymu. Tuż za nim, 
ku rosnącemu zaskoczeniu chłopaka, pędzili Filozof i Kiełbasa. Ze swoimi przyczepionymi zestawami skrzydeł prezentowali się groteskowo.
− Hej! Chłopaki, nie wygłupiajcie się! – krzyknął Niko. – Zdążyłem, jesteście wolni! Nie skaczcie, nie ma już takiej potrzeby! 
Na nic jednak zdały się te słowa. Grubas i długi nie chcieli go słuchać.
− Zobaczcie, strażnicy uciekają przede mną! – chłopiec nie był do końca pewny, czy było tak faktycznie, ale bardzo chciał w to wierzyć.
Filozof skoczył z dachu, nie zatrzymując się nawet na sekundę. Rozpostarł skrzydła i zniknął. Kiełbasa natomiast, tuż przed samą krawędzią zatrzymał się w ostatniej sekundzie, obrócił się w kierunku chłopca i zaczął coś krzyczeć, gestykulując jednocześnie rękoma, a w tym konkretnym przypadku skrzydłami. W panującym tu galimatiasie, Niko nie był w stanie niczego usłyszeć. Kilka przerażających sekund później było już po wszystkim. Grubas zamknął oczy i przetoczył się przez próg dachu, znikając w bezkresie nieba. W ślad za Kiełbasą i Filozofem podążyło jeszcze paru strażników, uciekając przed chłopakiem, również postawili na szybki kurs latania i zniknęli za krawędzią dachu, mimo, iż nie byli wyposażeni w żadne skrzydła. 


Niko domyślił się, że coś było nie tak. Ludzie, ogólnie nie są tak skorzy do skakania z takich wysokości. A on sam swoją posturą, nie wzbudzał raczej takiego popłochu wśród wrogów. Jego rozmyślania przerwała dziwna lepka substancja, która wylądowała na jego hełmie, całkowicie zasłaniając otwory, przez które patrzył. Chłopiec zdjął go powoli z głowy. Bał się bardzo, ale nie miał wyboru. Nie unikniesz nieuniknionego – pomyślał i będąc dalej na kolanach, zerknął w górę.
Jeżeli dotychczas nie był pewien, czy to, co się działo było tylko jego wymysłem, czy też może rzeczywistością i jeżeli nie rozumiał Kiełbasy i Filozofa skaczących z dachu, to teraz doznał objawienia. Padł natychmiast na plecy, gdyż tuż nad nim znajdowała się olbrzymia paszcza smoka. 
Z rozdziawionego pyska ściekała lepka i zielona maź, a z nozdrzy wydobywał się szary dym. Jego wielka łapa postąpiła naprzód, upadając z wielkim hukiem tuż obok głowy Nikiego. Chłopak wrzasnął i przeturlał się na bok, ale smok był tak duży, że nie na wiele się to zdało. Drugie łapsko z rozmachem zatarasowało ewentualną drogę ucieczki, powodując przy tym wstrząsy całego dachu, na którym się znajdowali. Bestia była olbrzymia i opasła, koloru niebieskiego, z inteligentnymi ślepiami zalanymi czerwienią. Całe ciało smoka pokryte było pancerzem naszpikowanym kolcami i wypustkami, a z jego paszczy wystawały długaśne kły, ostre niczym miecze z najlepszej stali. Szpony, wielkości dłoni dorosłego człowieka mogły rozszarpać wszystko, co napotkały na swej drodze i Niko nie wątpił, że nie raz już to czyniły. Majestatu bestii dodawały rozłożyste skrzydła, które uformowane były podobnie jak u nietoperza. Między kolejnymi ich piszczelami rozciągnięta była błona, która utrzymywała smoka w powietrzu. Za każdym razem, gdy smok machnął nimi, roznosił się w powietrzu donośny świst, a wszystko wokół spowite było w mrocznym cieniu. 
Niko wiedział już, że Kiełbasa i Filozof oraz strażnicy nie uciekali przed nim, tylko przed stojącym za nim smokiem. Rozmyślania te szybko przerwała bestia, nachylając się nad chłopakiem i zbliżając swoją paszczę niemal na dotyk ręki. Swoimi mądrymi ślepiami spojrzała chłopakowi prosto w oczy i ku jego zdziwieniu zaczęła mówić. A przynajmniej próbowała coś powiedzieć. Jak było to niebezpieczne, nasz bohater miał się dowiedzieć już po chwili.
− Po..., po... – dukała bestia, nie mogąc z siebie wydusić nic więcej.
− Po... A, psik! – kichnął smok z całej siły, wyrzucając ze swoich nozdrzy gotujące powietrze wraz z dymem.
Niko w ostatniej chwili zakrył twarz rękoma, ale domyślał się, że przy drugim smoczym kichnięciu może być zdecydowanie goręcej. Sięgnął jedną ręką po leżącą tuż obok tarczę i przykrył się nią w ostatnim momencie. Smok odgiął swój łeb do tyłu, by następnie kichnąć z impetem dzikiej bestii. Chłopak miał rację, tym razem z nozdrzy wydobył się najprawdziwszy ogień. Uderzenie ciepła było tak duże, że z ledwością utrzymał tarczę, która rozgrzała się do czerwoności. Gdyby nie ona, Niko zamieniłby się w nadziewanego zająca na ruszcie. Nie zastanawiając się długo z całej siły cisnął jej krawędzią prosto w smocze łapsko, a następnie wykorzystując chwilowe rozproszenie uwagi przeciwnika, przeturlał się obok, chwytając jeden z porzuconych mieczy. Kiedy bestia zwróciła się ponownie w jego kierunku, on był już na nogach i z impetem ruszył do ataku. Nie sądził, że godzina zemsty nadejdzie tak szybko, ale skoro nadarzyła się okazja, chłopiec nie mógł jej zmarnować.
− Za mojego ojca, za Pchli Tyłek! – wydarł się na cały głos. – Gin gadzino!
Smok ku jego zaskoczeniu cofnął się i ponownie spróbował przemówić.
− Po... A, psik! – padło ponownie z jego paszczy, przy akompaniamencie buchających płomieni.
Jednak tym razem chłopiec był już na to gotowy. Odskoczył w bok, unikając ognia i wykonując piruet na jednej nodze, dźgnął bestię prosto w nadęty brzuch. Ostrze jednak na skutek uderzenia rozpadło się na setki metalowych drobinek, zostawiając chłopaka całkowicie bezbronnego.
Smok otrzymawszy cios, cofnął się jeszcze o jeden krok i gdy miał odpowiedzieć płomieniem na zuchwały atak, jego tylna łapa zaplątała się o leżącą na dachu linę. Bestia zatoczyła się, próbując niezdarnie utrzymać równowagę i pewnie by się jej to udało, gdyby nie fakt, że część kamiennego dachu zarwała się i runęła pod jej ciężarem, pochłaniając ciężkiego gada. Smok nie zamierzał się jednak poddawać. Końcówką swego długaśnego ogona zahaczył o nogi chłopca i … pociągnął go za sobą prosto w przepaść, na spotkanie ze śmiercią.


***


Król Radomir siedział wygodnie w swojej lektyce. Zadowolony z siebie i swego płomiennego przemówienia, oczekiwał z niecierpliwością na rozpoczęcie przedstawienia. Już za chwilę miał dać znać, aby bito w dzwon i pierwszy szczęśliwiec będzie mógł udowodnić, że królewski wynalazek okaże się przełomem na miarę dziejów. Nie do końca był przekonany co do tego grubasa… W końcu, nazbyt duży ciężar może przyczynić się do problemów podczas lotu,… ale,… przecież w lochach, na kolejne starty oczekuje tylu ochotników… Kolejka naprawdę była długa. Gestem ręki nakazał służbie, aby ta rozwarła kotary i korzystając z małej i pięknie złoconej lunety zerknął ku górze. Kosz z ochotnikami znajdował się już prawie na dachu, zatem za chwilę będą mogli zaczynać. Król cieszył się narastającą ekscytacją, z podniecenia zaczął drapać blizny na swej pulchnej gębie, co zdecydowanie nie poprawiało jego i tak już mało atrakcyjnego wyglądu. W momencie, gdy rozemocjonowany zakasał rękawy i już miał dawać znak, aby rozbrzmiał dzwon, po zgromadzonym tłumie rozległ się jęk zawodu.
− Ten tego, ten tego... Co tam znowu się dzieje! Nie możecie ustać chwili w skupieniu?! − poirytowany zwrócił się do podwładnych. – Zwłaszcza, że tylko chwile dzielą nas od tego wyjątkowego wydarzenia?!
Jednakże nikt nie patrzył na króla − co zdenerwowało go jeszcze bardziej. Wszyscy bowiem zwrócili spojrzenia w kierunku szczytu zamku, obserwując ewidentnie jakieś ciekawe wydarzenie.
− Najjaśniejszy panie – odezwał się stojący obok kapitan Mściwoj. – Chyba mamy mały problem.
I rzeczywiście, wydawało się, że coś jest nie takt. Król zerknął ku górze i zauważył, że... pierwsza osoba już skoczyła.
− Jak to? Mieli przecież czekać na dźwięk dzwonu! Dlaczego już zaczynają! Dlaczego nikt mnie tutaj nie słucha! – zerknął wściekły na Mściwoja i dodał. – Kapitanie, po wszystkim, osoby odpowiedzialne proszę wysłać na stos, a później na tortury!
− Raczej odwrotnie, najjaśniejszy panie – wymsknęło się kapitanowi, czego miał szybko pożałować.
− Nie dyskutuj ze mną! − wydarł się król. – Nikt nie będzie kwestionować moich rozkazów! To ja w tym królestwie decyduję o kolejności. Najpierw stos, a potem tortury! Nie inaczej!
Mamrocząc coś jeszcze pod nosem, chwycił ponownie lunetę. Jakie było jego zdziwienie, gdy zauważył, że lotnik nie jest ani grubasem Kiełbasą, ani cichym przygłupem Filozofem. Niczym rzucony kamień, z dachu zamku spadał strażnik z płonącym tyłkiem. 
− Ten tego, ten tego... kapitanie Mściwoj, proszę przypomnieć mi czy wydałem jakiś rozkaz, aby strażnicy też skakali z dachu? 
− Nie, najjaśniejszy panie, nie przypominam sobie.
− Jak złoto kocham, stos i tortury. Popamiętają mnie! – wyszeptał ponownie król przez zaciśnięte zęby.
Wśród tłumu rozległ się jeszcze większy ryk przerażenia. 
− Panie, zerknij teraz! Tam musi się dziać jakaś tragedia! – krzyknął kapitan.
Król był zdruzgotany. Zanim pierwszy strażnik zdołał wylądować w fosie otaczającej bezpośrednio zamek, z dachu wyskoczyli Filozof i Kiełbasa, a tuż po nich – kolejni strażnicy.
− Nie, nie może być! Przecież nie zabrzmiał ten przeklęty dzwon! Jak złoto kocham, stos i tortury dla wszystkich! − Po czym zaczął swoją ręką walić z całej siły w poręcz królewskiego tronu. Lecz humor w ostatniej chwili poprawił mu kapitan Mściwoj.
− Królu, jesteś geniuszem! Najprawdziwszym odkrywcą i człekiem oświeconym! Zerknij, chudzielec leci! On lata!
Radomir spojrzał szybko przez lunetę. Grubas niczym kula armatnia spadał szybko w dół wprost na spotkanie z fosą. Kręcił się dookoła własnego brzucha, a jego skrzydła rozleciały się w locie. Zresztą przy jego wadze i tak na niewiele by się zdały. Tuż za nim w linii prostej podążali strażnicy, którzy z powodu swej przeciętnie normalnej masy, nie byli w stanie przegonić Kiełbasy w tym powietrznym locie. Król zastanawiał się tylko, czy ktoś z nich potrafi pływać. W końcu fosa była bardzo głęboka.
Przestał jednak sobie zaprzątać głowę tym problemem, gdy udało mu się lunetą wycelować w chudzielca. Olbrzymi uśmiech pojawił się na twarzy króla, ukazując przy okazji cały garnitur czarnych i spróchniałych zębów. Filozof rozpostarł skrzydła szeroko i powoli obniżając lot, zataczał duże koła.
− On lata! On naprawdę lata! − pokrzykiwał tłum, wiwatując jednocześnie na cześć swego władcy!
− Nie, niestety, już nie lata. Teraz spada! – krzyknął ktoś z widowni, wzbudzając tym samym jęk zawodu u pozostałych.


Król ciągle patrzył przez lunetę i faktycznie, Filozofowi skrzydła również zaczęły się rozpadać pióro po piórze, odpadając od zestawu, a on sam zaczął ostro pikować, bezradnie machając rękoma. Nie minęła chwila, gdy jako jedynemu udało mu się wcelować w jedną ze znajdujących się na ziemi tarcz strzeleckich i wylądował prosto w środku znajdującej się tam beczki. Ta od uderzenia, rozleciała się natychmiast na strzępy, rozbryzgując wodę na wszystkie kierunki świata, zostawiając niedoszłego lotnika całkowicie mokrego. Na placu, nie licząc wielkiego „plum” słyszalnego podczas lądowania Kiełbasy w fosie oraz kilku pomniejszych plusków pochodzących od wodujących strażników, zapanowała całkowita cisza. 
Co niektórzy, spodziewając się najgorszego, w momencie zderzenia przymknęli oczy, ale Filozof, ku zdumieniu gawiedzi, podniósł się, rozłożył ręce i machając nimi jak ptak skrzydłami zaczął biegać dokoła.
− Ko, ko, ko! – wydzierał się na cały głos, podskakując co jakiś czas. 
Najwidoczniej upadek, wzbudził w chudzielcu przekonanie, że jest kurą.
− Ko, ko, ko! – nie dawał za wygraną, aż poirytowany król nakazał dwóm strażnikom złapać delikwenta i odstawić do lochów.
Wszyscy, którzy łapali kiedyś kurę wiedzą dobrze, że nie jest to łatwe zadanie. Mała i sprytna, potrafi w odpowiednim momencie ostro przyśpieszyć, a w desperacji i na murek nawet podfrunie. Nie inaczej było teraz. Filozof przekonany, że jest drobiem, uciekał przed strażnikami, umiejętnie zmieniając kierunki, a że miał w sobie również coś z koguta, to za każdym razem, gdy któryś z goniących go strażników zbliżył się za blisko, częstowany był prawym prostym lub lewym na wątrobę, ku uciesze obserwujących. Na dodatek sytuacja była rozwojowa. 
Nagle, nie wiedzieć czemu, Filozof zatrzymał się i zaczął wyć niczym byk. Duży rozjuszony byk. Obniżył swoją sylwetkę, jednocześnie kopiąc ziemię lewą nogą − wszak niezbadane są wszystkie procesy, jakie rządzą zachowaniem człowieka, zwłaszcza po upadku z tak dużej wysokości.
− Muu, muu! – rozległo się przeciągłe wycie, nie zwiastując niczego dobrego, zwłaszcza dla goniących go strażników.
Lecz dla widowni oznaczało to świetną zabawę. Już teraz wiedzieli, że dzisiejszy cyrk będą z rozrzewnieniem wspominać przez kilka najbliższych lat. Wiedział to również rozwścieczony król. Siedząc w swej lektyce, osadzonej na ramionach służących, denerwował się, że cały dzisiejszy „wiatr we włosach” potoczył się zupełnie nie po jego 
myśli. 
− Czy ktoś może w końcu złapać tego biegającego czubka?! Czy ktoś może zakończyć tę farsę?!
Kapitan Mściwoj skinieniem ręki wydelegował kolejnych dwóch żołnierzy do pacyfikacji Filozofa, nie przyniosło to jednak zdecydowanego efektu. Chyba, że celem było jeszcze większe rozbawienie widowni. Chudzielec pozostając w swoim nowym przekonaniu o byczej tożsamości, stał się jeszcze bardziej niebezpieczny niż przed chwilą, gdy był kurą. Strażnicy, taranowani przez rozjuszone bydle, co chwilę wylatywali w powietrze i z ciężkim łomotem opadali na ziemię. 


Sielankową atmosferę przerwał niestety olbrzymi hałas, który dobiegał ze szczytu zamku. Ludzie umilkli i nikt już nie zwracał uwagi na biegającego szaleńca. Oczy wszystkich, również króla były zwrócone ku górze. Okazało się, że część kamiennego dachu i ściany zapadły się, posyłając na dół mnóstwo gruzu. Na niebie, w obłokach kurzu i pyłu majaczył jednakże jeszcze jakiś dziwny i duży kształt, który z przerażającą szybkością pędził na spotkanie z placem zamkowym. Doszłoby z pewnością do zderzenia, gdyby nie to, że ów kształt, tuż nad ziemią rozłożył swe olbrzymie skrzydła i zionąc ogniem, przeszybował nad głowami zgromadzonych, rzucając złowrogi cień. 
− Smok! Najprawdziwszy smok! – wydarł się ktoś z tłumu, rozpoczynając tym samym igrzyska chaosu i zniszczenia.

...

Rozdział 4

08 lutego 2020

WIATR WE WŁOSACH

Książka dla dzieci i młodzieży od 10 lat.

Niko. Chłopiec, który marzył

 

 

     ZAMÓW

 

 

     POWRÓT

 

 

     ROZDZIAŁ I

 

 

     ROZDZIAŁ IV

Książka dla dzieci. Niko. Chłopiec, który marzył